Minelo kilka wschodow i zachodow slonca, a my nie moglysmy opuscic Iquitos. Zaczarowalo nas. Dalo nam dom, tymczasowa rodzine i poczucie, ze jestesmy tu przez chwile potrzebne.
Minelo kilka wschodow i zachodow slonca - jest piatek. Ubiegle dni byly podobne do siebie, ale w bardzo przyjemny sposob - w sposob, za jakim teskni sie, podrozujac. Kazego ranka wsiadalysmy do mototaxi i wyruszalysmy do centrum miasta w celach przeroznych, potem po 12:00 przychodzila nasza peruwianska banda i do 18:00 nie bylo czasu na nude. Codzienna dawka energii staly sie wlasnie dzieci, a jej pozeraczem - klimat tropikalny. I codziennie stwierdzalysmy, ze nie wyjezdzamy. Jeszcze nie dzis. Mañana :)
W tym czasie poznalysmy miasto lepiej. Dotarlysmy do muzeum regionalnego, ktore szczyci sie ponad czterdziestoma figurami-odlewami Indian roznych szczepow, zyjacych w dorzeczu Amazonki (wlasciwie to zapewnienia naszego przewodnika obejmowaly liczbe 40, podczas gdy my doliczylysmy sie gora 20;) Mimo wszystko bylo ciekawie. Ale i tak znacznie wieksze wrazenie zrobil na nas spacer z Jagoda po dzielnicy zwanej Belen. Belen to mala kraina polozona tuz nad rzeka. Kraina domow na palach i domow-tratw. Kraina biedy. Dorosli sprzedaja to, co uda sie im zlowic, zrobic albo zdobyc, a dzieci, pozostawione bez opieki, zajmuja sie soba, urzadzajac np. zabawy w blocie. Potem dorastaja, zaczynaja pracowac albo i nie, i tak plynie zycie w Belen. Leniwie, ubogo i chyba troche smutno...
Co jeszcze pokazalo nam Iquitos? Hmm, na pewno kolejne przedziwne owoce, lody o nazwie Shambo (wbrew pozorom calkiem smaczne;) , drewniane autobusy, nowe legendy, nowe slowka hiszpanskie i wiele wiele dobrych doswiadczen, ktore teraz trudno jeszcze nazwac. Na razie nie wyjezdzamy. Jeszcze nie dzis :)